|
Redaktor: Keysee
|
|
04.12.2009. |
Cztery lata przymierzał się zespół 30 Seconds to
Mars do wydania tego albumu. W tym czasie uznał, że jego kontrakt
wygasł i chciał odejść z firmy EMI, która odpowiedziała pozwem na kwotę
30 milionów dolarów. Cóż, nikt, a w szczególności fonograficzny gigant
nie pozwoli uciec kurze znoszącej złote jaja. Poprzedni album grupy w
samych Stanach sprzedał się w ponad milionie egzemplarzy, a na całym
świecie osiągnął łączyny nakład przekraczający trzy i pół miliona.
Strony pogodziły się sądem.
Czy zrodzony w bólach „This is War”
powtórzy sukces poprzednika? Biorąc pod uwagę krzykliwą reklamę
otaczającą zespół, można bez obaw zakładać, że tak. Ale wszystkich
fanów trzeba uprzedzić : to już inny 30 Seconds to Mars niż kiedyś.
Choć wciąg zdarza się muzykom podkreślać korzenie emo, teraz
zdecydowali się pokłonić latom 80.
Słychać to w zasadzie od
pierwszych minut. Wstęp pod postacią „Escape”, z „afrykańskimi” bębnami
i chórem, przywołuje skojarzenia z Peterem Gabrielem z okolic czwartego
albumu. Podobnie dzieje się w „Night of the Hunter” , tu jednak słuchać
wyraźną fascynację U2 – zwłaszcza w śpiewie Jareda Leto, który wypada
jak wersja screamo młodego Bono. A gdy dochodzimy do przestrzennego,
singlowego „Kings and Queens”, trudno nie odnieść wrażenia, że muzykom
zamarzyła się ich własna wersja albumu „The Joshua Tree” – tyle, że z
metalowym przykopem. Momentami nie tylko Jared , ale i cały zespół
brzmi jak U2, z „edge’owym” brzmieniem gitary i charakterystyczną grą
sekcji rytmicznej.
Odniesień do irlandzkich przyjaciół na „This is
War” znajdziemy więcej – w natchnionym sposobie śpiewu i wokalizach
Leto, pełnym powietrza, „wielkim” brzmieniu (np. Alibi).
A w
numerze o znamiennym tytule „Closer to the Edge” nawet partia
fortepianu brzmi jak z „New Year’s Day”…Ale bądźmy sprawiedliwi- mówimy
tu o różnorakich smaczkach i widocznych fascynacjach muzyków. Bo 30
Seconds to Mars wciąż pozostają zespołem autonomicznym – z własnym
podejściem do melodii, z ambicjami daleko wykraczającymi poza
kopiowanie znanych kolegów. Zespołem, który znudził się przebojowością,
a swoją siłę odkrył w eksperymentach brzmieniowych i złożonych, można
wręcz powiedzieć progresywnych kompozycjach.
Są tu oczywiście mocne
refreny zachowujące ducha screamo – na przykład w „Night Of The
Hunter”, „This is War” czy „Search and Destroy”. Ale te, jak i
większość pozostałych utworów to przede wszystkim rozbudowane
struktury, zmiany dynamiki i nastrojów i naprawdę długi czas trwania (
średnia około 6 minut). Zespół też eksperymentuje z brzmieniami, w czym
znaczący udział ma „The Summit”: ponad tysiąc osobowa grupa fanów,
która śpiewa, klaszcze, tupie i słychać ją w najróżniejszych miejscach,
a najmocniej w Vox Populi. To naprawdę dodaje albumowi świeżości.
Podobnie jak patenty typu syntezatorowa aranżacja „Stranger in the
Strange Land” czy akustyczne brzmienia w „100 Suns” i instrumentalnym
„L490”.
Potężna, ambitna, inna – te przymiotniki najlepiej opisują
„This is War”. Trudniejsza, można by dodać. Jeden wyjątek „Hurricane”.
Nagrany z udziałem czarnoskórego Kanye West’a numer wypada jak „
Apolagize – One Republic” pozbawione wszakże przebojowego szlifu. Ale
wybaczamy, bo „This is War” to i tak imponujące przedsięwzięcie.
Jordan Babula (źródło: Teraz Rock)
|